O autorze
dr Magdalena Wichrowska – filmoznawczyni i filozofka, ex-naczelana „Musli Magazine”, autorka książek "Szukając prawdy. Problem poetyki w polskim filmie dokumentalnym po roku 1989" i "Toruń. Miasto kobiet" oraz programu edukacji filmowej Movie Mówi Project

Filmowe podsumowanie roku

Przed nami nowy rok filmowych emocji. Najważniejsze festiwale, nagrody i premiery. Zanim jednak zachłyśniemy się nowymi tytułami, warto rozliczyć minione miesiące. Które tytuły były dla mnie największym zaskoczeniem? Które zostaną ze mną na dłużej? Czy zdarzyły mi się prawdziwe olśnienia? Przed wami dziesiątka najciekawszych obrazów, które widziałam w roku 2016.

(kolejność alfabetyczna)

Anomalisa, reż. Duke Johnson, Charlie Kaufman
Boleśnie ludzka animacja dla dorosłych. Duke Johnson i Charlie Kaufman z dala od pytań ostatecznych i fachowych prób opisania kondycji współczesnego człowieka rozsadzają strefę komfortu widza. Bohaterem filmu jest autor popularnej książki opisującej jak odnieść sukces w dziale obsługi klienta. Obserwujemy go – lub zręczniej, rozpoznajemy – w życiowym nawiasie, podczas podróży służbowej, w hotelowym anturażu. Zalążkiem filmowej historii była sztuka o tym samym tytule, którą Kaufman napisał pod pseudonimem Francis Fregoli. Tak też nazywa się filmowy hotel i jednostka chorobowa, zgrabnie przez autorów wykorzystana do szczerej opowieści o nas w relacji z innym, o wypaleniu i dyskretnie zabijającej powtarzalności.

Co przynosi przyszłość, reż. Mia Hansen-Løve
Intymna katastrofa dawno nie rozegrała się na ekranie tak dyskretnie. Nathalie (fenomenalna Isabelle Huppert) radykalizm ma za sobą, żyje w świecie po buncie, opatulona szczelnie w filozoficzną teorię. Gdy jej świat chwieje się w posadach, ona (przeciwnie) nie upada, nie krzyczy, w zmienności dostrzega wartość. Rzeczywistość, chociaż trudna do rozpoznania – bo wszystko, co znajome i swoje, odeszło w zapomnienie – daje bohaterce wolność. Nieoczekiwany chaos, który przynosi nowy porządek. Budowanie siebie w świecie od nowa w kinie jest zazwyczaj spektakularne. Mia Hansen-Løve, podobnie jak jej bohaterka, unika wysokich tonów, ucieka od klisz w stronę życia, które codziennie przynosi nam małe dramaty i drobne przyjemności. Jedną z nich jest przyjemność bycia ze sobą.

Elle, reż. Paul Verhoeven
Było o fenomenalnej Huppert, będzie raz jeszcze. W nowym filmie Paula Verhoevena stworzyła postać tak niejednoznaczną i fascynującą, że nie możemy oderwać od niej wzroku. Ofiara, prowokatorka, hedonistka, piekielnie inteligentna projektantka gier, entuzjastka i znawczyni literatury. To rola skrojona na miarę talentu aktorki. Wreszcie, „Elle” to film skrojony na miarę oczekiwań widowni Verhoevena. Adaptacja prozy Philippe’a Dijana zaczyna się od trzęsienia ziemi, a chwilę później wiemy, że będzie jeszcze mocniej, jeszcze dotkliwiej, ale do samego końca nie mamy pewności, jak duża będzie siła rażenia tego, co oglądamy. Kryminalna intryga szybko ustępuje miejsca opowieści o ludzkich maskach, ukrytych fascynacjach, wstydliwych tęsknotach i bólu. Napięcie znika pod naporem pierwszorzędnego humoru, by wrócić ze zdwojoną siłą.

Klient, reż. Asghar Farhadi
Asghar Farhadi, podobnie jak Paul Verhoeven, w otwarciu serwuje nam – tym razem dosłownie – trzęsienie ziemi. I chociaż od tego momentu napięcie odpowiednio rośnie, a atmosfera gęstnieje, wiernej publiczności autora „Co wiesz o Elly?” nowy film może sprawić zawód. Dlaczego? Ponownie, trudno oprzeć się wrażeniu, że film rozwija się według doskonale znanego nam schematu i powtarza narracyjne rozwiązania z poprzednich obrazów reżysera. Jednak spotkanie z kinem irańskiego autora to nadal przeżycie ekstremalne, które szczerze angażuje. Bohaterami obrazu są małżonkowie, aktorzy wystawiający „Śmierć komiwojażera” Arthura Millera. Wystarczy moment, by jedno wydarzenie zburzyło wszystko, co stabilne i dobrze znane w ich życiu. I tak, zgrabnie nawiązując do klasyki, Farhadi wprowadza nas w dobrze rozpoznany świat klasy średniej, kierując nasze spojrzenie na ewolucję związku stojącego na krawędzi.

Martwe wody, reż. Bruno Dumont
Pierwszorzędna, lekka jak piórko i pusta jak bańka mydlana komedia w gwiazdorskiej obsadzie, która bawi od pierwszej do ostatniej sekundy. „Mały Quinquin” zagubiony w anturażu belle epoque, jeszcze bardziej zabawny i szalony! Szarża aktorska, eksperymenty gatunkowe, zabawa z konwencją sprawdzają się u Dumonta doskonale. Założenie jest bardzo proste – wprowadzić w ruch przeponę widza. Założenie sprawdza się, a dodam, że ryzyko było ogromne. Czegóż nam bowiem Dumont nie serwuje? Mezalians i kanibalizm, a to dopiero początek. Nie ma tu fałszywych nut. Żarty trzymają poziom, akcja wartkość, a aktorzy przechodzą samych siebie. Lubię tego nowego Dumonta, który w rzeczywistości zdominowanej przez złe wiadomości, kryzysy i globalne tąpnięcia postanowił nas po prostu rozbawić. Kto wie, czy to nie akt najwyższej odwagi?

Moja miłość, reż. Maïwenn
Romans niedoskonały, ale jednak zapadający w pamięć bardziej niż niejedna premiera tego roku, wygrana na sloganach kina zaangażowanego. Ten film bez wątpienia nie pozostawia widza obojętnym, potrafi zirytować, ale też głęboko dotknąć. Oparty na retrospekcjach obraz Maïwenn wprowadza nas w krajobraz po bitwie. Bez złudzeń wchodzimy w kolejne fazy związku bohaterów, małżeństwa z wieloletnim stażem. Bez kibicowania, ale jednak w stanie wzburzenia przyglądamy się kolejnym etapom związku pary głównych bohaterów. Duża w tym zasługa fantastycznych aktorów – Emmanuelle Bercot i Vincenta Cassela. Obraz zalicza góry i doliny. Wznosi się w błyskotliwej, podszytej humorem części portretującej paryski styl życia, raptownie opada w sekwencjach poświęconych bohaterce, która próbuje poskładać swoje życie na nowo. Tym brak lekkości, jednak warto!

Nienasyceni, reż. Luca Guadagnino
Remake francuskiego „Basenu” z Alainem Delonem, Romy Schneider i Jane Birkin. Raj, do którego wpełza przeszłość, tęsknoty i wątpliwości – to chyba najkrótsza możliwa odpowiedź na pytanie: o czym opowiada w swoim filmie Luca Guadagnino? Plan pierwszy obsadzają tu uprzywilejowani artyści i ich uczuciowe pragnienia, plan drugi nielegalni imigranci, zepchnięci na margines, unieważnieni w historii. Cóż, nawet największe dramaty ludzkie są niczym przy drobnym zawirowaniu emocjonalnym, w którym to my gramy pierwszoplanowe role. Ta niewygodna szczerość w zalewie deklaracji kryształowych postaw i ekscytacji kinem politycznym szalenie mi odpowiada. Wygrany na detalach, doskonały wizualnie, fenomenalnie zagrany.

Paterson, reż. Jim Jarmusch
W tym filmie dzieje się wszystko i nic. Proza życia zamienia się w poezję i unosi wysoko nad filmowym realizmem. Historia kierowcy autobusowego o nazwisku Paterson, z miasta Paterson, piszącego wiersze, wraz z codzienną otuliną rytuałów zamienia się w wiersz, który z czułością i uśmiechem na ustach czytamy (między wierszami). Bliskość, czułość, życzliwość. Spojrzenia, westchnienia, drobne gesty, cisza i śmiech. Z nich Jim Jarmusch tka trudne do opowiedzenia wrażenie przyjemności. Skromną historię opowiada szalenie precyzyjnie, bez wyciągania wielkich dramatów, głośnego otwarcia i wyrazistego zamknięcia. Mimo przyjemności odkrywania w „Patersonie” esencji kina Jarmuscha autor daje nam też coś nowego – poczucie wspólnoty i zakorzenienia, którego nie mieli poprzedni bohaterowie jego filmów. Ta tęsknota za porozumieniem i byciem razem nie mogła doczekać się piękniejszej formy i lepszego momentu.

Sieranevada, reż. Cristi Puiu
Zacznę jak przy „Patersonie” – „w tym filmie dzieje się wszystko i nic”. „Sieranevada” to fantastyczna psychodrama rozgrywająca się między kuchnią a salonem. Przez intymny portret rodziny autor dyskretnie kreśli emocjonalny pejzaż współczesnej Rumunii. Nie ma tu jednak prostych odpowiedzi, brakuje grubej kreski, reżyser nie oddaje nam rzeczywistości w poręcznej formie pigułki. Raczej musimy ją poskładać z podsłuchanych rozmów. Ale uwierzcie, to prawdziwa przyjemność! Niemal trzy godziny w towarzystwie rodziny zmarłego wujka Emila, debatującej na stypie o terroryzmie, księżniczkach Disneya i sąsiadach, trudno zagospodarować lepiej. Ten film to ekstraklasa na wielu poziomach. Od znakomitego języka, którym operuje autor, przez fantastyczne zdjęcia, aż po kapitalne aktorstwo. Trzymam kciuki, by film jak najszybciej trafił do polskich kin!

Służąca, reż. Park Chan-wook
Last but not least – „Służąca”, czyli przepiękna adaptacja powieści „Złodziejka” szkockiej pisarki Sary Waters. Reżyser filmu, Park Chan-wook, porzuca jednak wiktoriańską Anglię, przenosi widza do Korei w lata 30. minionego wieku i robi to, co potrafi najlepiej – zręcznie żeni kino gatunków z przeżyciem intelektualnym. Z perwersyjną przyjemnością myli tropy, wciąga widza w serię intryg i zostawia z poczuciem spełnienia, niezależnie od tego, czy ten wybiera się do kina na rasowy thriller, lesbijskie love story czy feministyczny pocisk.
Trwa ładowanie komentarzy...