O autorze
dr Magdalena Wichrowska – filmoznawczyni i filozofka, ex-naczelana „Musli Magazine”, autorka książek "Szukając prawdy. Problem poetyki w polskim filmie dokumentalnym po roku 1989" i "Toruń. Miasto kobiet" oraz programu edukacji filmowej Movie Mówi Project

Widzieliście 10 najciekawszych polskich filmów 2016 roku?

To był przełomowy rok dla polskiego kina. Z ogromnym żalem żegnaliśmy ikony. W lutym odszedł Andrzej Żuławski, który po wielu latach wrócił do kina znakomitą ekranizacją „Kosmosu” Witolda Gombrowicza. W październiku pożegnaliśmy mistrza Andrzeja Wajdę, którego ostatni film „Powidoki” niebawem pojawi się w polskich kinach. Tym niewyobrażalnie smutnym rozstaniom towarzyszyły doniesienia o nagrodach i entuzjastycznym przyjęciu polskich tytułów na światowych festiwalach. W Gdyni pokazano kilka niezłych obrazów debiutantów, nie zawiedli również autorzy doskonale znani polskiej publiczności. Także publiczność nie zawiodła – chętnie wybierając polskie premiery. Rodzime kino nie przemówiło jednym głosem, zaskoczyło różnorodnością i odkrywczością, zarówno doborem tematów, jak i oryginalnym sposobem opowiadania. Poniżej moja prywatna dziesiątka filmowych odkryć mijającego roku, które trafiły do polskich kin.

(tytuły w kolejności alfabetycznej)


Baby Bump, reż. Kuba Czekaj
Jeśli intencją Kuby Czekaja było stworzenie portretu nastoletnich traum i doświadczeń, słusznie uciekł od chłodnej relacji czy kinonostalgii na rzecz hiperboli. Kalejdoskop wrażeń, z którym styka się widz „Baby Bump”, nie jest być może środkiem najłatwiejszym, ale z pewnością świeżym, a nade wszystko trafionym. W tym nadmiarze inteligentnego humoru i fantazmatów ukrywa się całe spektrum nastoletnich udręk, zgrabnie ujętych w psychofizyczną pełnię. W ryzach trzyma reżysera wyrazisty styl, konsekwencja i czerpanie z surrealistycznej poetyki. Czekaj odważnie skraca dystans, nie analizuje procesów, nie daje się porwać związkom przyczynowo-skutkowym i wyrywa widza z pozycji bezpiecznego obserwatora. Kupuję ideę, by kino stało się polem wczucia i otwarcia na doświadczenie pewnego stanu, odrzucenia ciężaru, jakim jest wiedza i doświadczenie dorosłego autora.

Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca
Dobrze naoliwione kino gatunkowe z głębokim ukłonem w stronę mistrzów kina moralnego niepokoju. Psychologicznie dopracowane, doskonale wyważone, niestroniące od satyry. Na taki film czekałam! W kryminale Macieja Pieprzycy jest i znakomity kostium, i fantastycznie sportretowane realia Polski lat 70., a nade wszystko jest napięcie, które nie ustępuje, chociaż historię doskonale znamy i wiemy, jaki będzie jej finał. Zasługą tego jest kapitalna decyzja, by ciężar opowieści spoczął na barkach policjanta z grupy dochodzeniowej, który na naszych oczach przechodzi przemianę z idealisty w sprawnie działający element skorumpowanej machiny. Nie jest to jednak przemiana oczywista, podobnie jak relacja między nim a podejrzanym. I tylko zakończenia, zakończenia żal. W filmie utkanym z nieoczywistości przydałoby się nie stawiać w epilogu przysłowiowej kropki.

Kamper, reż. Łukasz Grzegorzek
Czy współczesne kino polskie dostrzega znaki szczególne pokolenia? Czy potrafi o nim opowiadać? Łukasz Grzegorzek udowodnił, że potrafi, dając nam w filmie „Kamper” niezwykle szczery portret generacji dzisiejszych trzydziestolatków. To obraz opowiedziany ze swadą i lekkością, świetnie przyjęty przez równolatków reżysera, opowiadający o pokoleniu rozpiętym między powinnością a przyjemnością, dojrzałością a permanentną młodością, poczuciem bezpieczeństwa a beztroską, zobowiązaniem a wolnością. Reżyser ma ucho do dialogów. Te w końcu nie drażnią szelestem papieru, przeciwnie – bez reszty wciągają w fabułę zręcznie utkaną z podpatrzonej rzeczywistości, którą autor zanurza w satyrze i grotesce. To lekko skrzywione zwierciadło nade wszystko ma w sobie dużo uroku i sympatii do bohaterów. I finał – obraz wart więcej niż tysiąc słów.

Kosmos, reż. Andrzej Żuławski
Kilka dni przed seansem ponownie zajrzałam do „Kosmosu” Gombrowicza. Po lekturze, odkładając książkę, powiedziałam głośno: „to się nie uda”. A jednak! Andrzej Żuławski uczynił niemożliwe możliwym, przekładając Gombrowicza na język kina i pozostawiając nam najlepszą jego ekranizację. Takie olśnienia nie zdarzają się często, dlatego postanowiłam dołączyć „Kosmos” do polskiej dziesiątki tego roku, chociaż nie jest produkcją polską. „Kosmos” to Żuławski, którego doskonale znamy, operujący histerią, odrzucający przyjemność widza przez uciekanie od jego przyzwyczajeń, jątrzący, a momentami nużący. Jest nierówno, jest chaotycznie, ale czy w innych warunkach udałoby się autorowi „Opętania” wywołać tę samą intelektualną i emocjonalną gonitwę, która towarzyszy nam przy lekturze Gombrowicza? Nie! I za ten dyskomfort mu dziękuję.

Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński
Klaustrofobiczny portret rodziny Beksińskich, rozgrywający się między kuchnią, pracownią a przedpokojem, to moje prywatne odkrycie na wielu poziomach. Pierwszy – Aleksandra Skonieczna, żal, że tak późno upomniało się o nią kino. Drugi – kino biograficzne, które jest lustrem polskiej rodziny. Trzeci – obraz, z którego odpadają grube warstwy zleżałego mroku, którym owiana była rodzina Beksińskich, odkrywający zwyczajność. Wszystko w obrazie Matuszyńskiego gra, nie wiem tylko, czy większa w tym zasługa debiutanta czy pierwszorzędnie napisanego scenariusza Roberta Bolesty. Nie irytuje mnie, jak wielu, lista przebojów przełomowych momentów z życia trójki, fascynuje za to codzienność, z której wynurza się nieostentacyjnie opowieść o ludzkim losie, cierpieniu i powinności. Podana bez znieczulenia, dwuznacznie, z cudnym zastrzykiem ironii.

Słońce, to słońce mnie oślepiło, reż. Anka Sasnal, Wilhelm Sasnal
O sprawach najważniejszych bez ostentacyjnych oczywistości i publicystycznych skrótów. „Słońce, to słońce mnie oślepiło” jest kinem, które budzi potrzebny dyskomfort kłębiących się myśli, nie uniewinnia naszych lęków, odziera z poprawności politycznej zakrzepłe poczucie, że jesteśmy po właściwej stronie. „Obcy” Alberta Camus jest dla autorów przyczynkiem do opowiedzenia nie tyle o obecnej Polsce, co o współczesnym świecie w ogóle, w którym wrogość wobec Innego w przerażający sposób spaja się z poczuciem bezradności wobec kontaktu z nim. To świat wyzuty z podstawowej życzliwości, empatii i otwartości na drugiego, agresywny, obwarowany wewnętrznym nacjonalizmem, który strzeże zaciekle prywatnej strefy komfortu. Kino na wskroś polityczne, a jednak nieślizgające się po powierzchni doniesień prasowych.

Szczęście świata, reż. Michał Rosa
„Szczęście świata” Michała Rosy to nastrojowa i przyjemna dla oka kinonostalgia. Obraz nie tak dobry jak poprzednie filmy autora „Rysy”, ale bez wątpienia uwodzący swoim pięknem. W warstwie naskórkowej opowiada o świecie tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, którego już nie ma. Nie ma już tak pięknych kobiet, tak soczystych malin, tak upojnych parnych popołudni… Historię Rosa kreśli językiem pożyczonym od surrealistów, za pomocą perfekcyjnie symetrycznych kadrów i zachwycających kolorów, przywodzących na myśl stare pokolorowane fotografie. Apokalipsa rozgrywa się tu dosłownie na kilku piętrach (kamienicy!), ma inny jednostkowy charakter, smak i zapach. Bohaterami filmu są pełni marzeń i tęsknot mężczyźni żyjący w zagadkowej symbiozie z sąsiadką Różą. Jej zniknięcie jest końcem świata, pożegnaniem z niewinnością.

Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski
Gdyby film Wojciecha Smarzowskiego był o ludobójstwie lub – jak głosi hasło promujące – „o miłości w nieludzkich czasach”, byłby obrazem nieznośnym, niedającym nadziei i przestrzeni do rozmowy. Tak się na szczęście nie stało. Reżyser drobiazgowo kreśli pejzaż daleki od kresowej idylli i celnie pokazuje rozpad świata zbudowanego na nieufności i wzajemnych żalach. Tym samym „Wołyń” w planie ogólnym jest dla widza obrazem kostiumowym, a w zbliżeniu filmem boleśnie współczesnym. Przyznaję, „Wołyń” daleki jest od Smarzowskiego, który mnie rozstroił i przemontował emocjonalnie po raz pierwszy, ale jest filmem ważnym. Względy artystyczne odchodzą na drugi plan, gdy twórca kieruje do nas ważną, jeśli nie najważniejszą wiadomość. Pytanie, co z tą przestrogą zrobimy.

Wszystkie nieprzespane noce, reż. Michał Marczak
Wciągający eksperyment formalny, na granicy fabuły i dokumentu, który dla widza oddalonego od gorączki warszawskich nocy jest czymś na kształt spotkania z UFO. Mimo towarzyskiej dynamiki opowieść – jak w życiu – znaczą marazm, apatia, nuda i powtarzalność. Strzępy rzeczywistości zebrane przez Michała Marczaka przypominają patchworkową narzutę znalezioną na dnie szafy z napisem „młodość”. „Wszystkie nieprzespane noce” niektórych uwodzą, innych odrzucają. W historię warto zanurzyć się bez balastu nazywania i diagnozowania. To film dla widzów, którzy lubią rozpłynąć się w pewnym stanie, przepłynąć emocjonalnie przez swoje wspomnienia i doświadczenia, poczuć raczej niż zrozumieć.

Zjednoczone stany miłości, reż. Tomasz Wasilewski
„Zjednoczone stany miłości” to udana podróż do przeszłości, zgrabnie wymykająca się pokoleniowej nostalgii charakterystycznej dla rówieśników reżysera. Tomasz Wasilewski odrzucił najtisowy naskórek i wdarł się w rzeczywistość nieopisaną – emocjonalny portret kobiet czasów transformacji – czyniąc to w sposób szalenie delikatny, odarty z przerysowania, a utkany na sugestii. Początek lat 90., o których opowiada, to okres wielkich nadziei, namiętności i bolesnego przepoczwarzania. Jeszcze przed próbą nazwania, z rodzącym się buntem i niezgodą na zmurszałą rzeczywistość. Kobiety Wasilewskiego w nowej rzeczywistość, pozornie bez klatki i uprzęży, przypominają ptaki bohaterki granej przez Dorotę Kolak, zamknięte nie tyle w czterech ścianach, co we własnych ograniczeniach i w strachu przed nazwaniem siebie i swojej relacji z otoczeniem.
Trwa ładowanie komentarzy...