O autorze
dr Magdalena Wichrowska – filmoznawczyni i filozofka, ex-naczelana „Musli Magazine”, autorka książek "Szukając prawdy. Problem poetyki w polskim filmie dokumentalnym po roku 1989" i "Toruń. Miasto kobiet" oraz programu edukacji filmowej Movie Mówi Project

Nadchodzi nowe! Podsumowanie 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni

Kadr z filmu „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego
Kadr z filmu „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego Kino Świat
Od werdyktu jury 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni minęły 24 godziny. To wystarczająco dużo czasu, by na chłodno i bez emocji przyjrzeć się decyzjom. Pod jednym warunkiem – siadam przed monitorem i wyłączam się na docierające z mediów społecznościowych i forów internetowych kłótnie. Polska jest podzielona, by nie powiedzieć poszatkowana na wielu płaszczyznach. Czasami różnimy się w piękny sposób, dając sobie przestrzeń do rozmowy, wymiany myśli, dzielenia się wrażliwością. Bywa też, że zamykamy się w sobie, wietrząc spisek i zamach na twórczą indywidualność. Od wczoraj wielu dzieli werdykt jury i znaczące pominięcie w nim obrazu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”. Czy słusznie?

Poza wskazywaniem wysokiego poziomu Konkursu Głównego, nadejścia nowego wraz filmową wymianą pokoleniową, od samego początku mówiło się o festiwalowych pewniakach. Najbardziej wyczekiwanymi premierami był „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego i „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego. Pojawiało się też nazwisko Tomka Wasilewskiego i nagrodzonego w Berlinie obrazu „Zjednoczone stany miłości”, ale z uwagi na wcześniejszą premierę filmu najbardziej palące były naturalnie filmowe niewiadome. Każdy kolejny festiwal jest bowiem dla widzów i krytyków nadzieją na nowe olśnienie. Zanim jednak do niego przejdę, słów kilka o dyskusji wokół „Wołynia”.



Smarzowski okazał się największym przegranym tegorocznego festiwalu. Kolejny raz wyjechał z Gdyni niemal z niczym. Film został doceniony w kategoriach profesjonalnych dla Piotra Sobocińskiego Jr. za zdjęcia i dla Ewy Drobiec za charakteryzację. Nie są to jednak nagrody, o których marzy twórca poświęcający lata na doprowadzenie dzieła (w sensie nie tylko artystycznym, ale też finansowym) do spełnionego finału. Docenieniem pracy reżysera jest z pewnością nagroda dla Michaliny Łabacz za profesjonalny debiut aktorski, ale pominięcie obrazu w głównym rozdaniu było dla mnie dużym zaskoczeniem. Gorycz werdyktu nie byłaby z pewnością tak ogromna, gdyby nie wcześniejsze decyzje poprzednich składów jurorskich. Przypomnę, w roku 2004 znakomite „Wesele” przegrywa z trochę zapomnianym już dziś obrazem „Pręgi” Magdaleny Piekorz. Kolejne ważne tytuły Smarzowskiego, jak „Dom zły” czy „Róża”, również wyjeżdżają z Gdyni bez Złotych Lwów.



I tym razem, mimo walki o realizację obrazu i rozmachu, z jakim reżyser zrealizował go, film przegrał z kameralną „Ostatnią rodziną” Matuszyńskiego. Co myślę o werdykcie? Do pewnego stopnia zgadzam się z nim. Bez wątpienia klaustrofobiczny portret rodziny Beksińskich, rozgrywający się między kuchnią, pracownią a przedpokojem, był moim prywatnym olśnieniem, także w aspekcie docenionego przez jury aktorstwa – znakomitego Andrzeja Seweryna i fenomenalnej Aleksandry Koniecznej. Zestawiając oba obrazy, choć jest to zadanie karkołomne, „Wołyń” plasuje się w moim prywatnym rankingu na pozycji bardzo dobrego kina, przejmującego, potrzebnego, ale nie najlepszego w dorobku Smarzowskiego. Decyzja jury w tym starciu jest dla mnie jasna, ale już trudniej mi zgodzić się z tą, by Srebrne Lwy powędrowały do filmu „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy. Dobry, utrzymujący ciekawość widza thriller, poprawnie rozpisany i pierwszorzędnie zagrany blaknie jednak w festiwalowej pamięci przy porażającym „Wołyniu”.



Pieprzyca w tym roku triumfował także w kategorii scenariusz. Tu, w przeciwieństwie do werdyktu jury, swoje sympatie rozdzieliłam równo między „Ostatnią rodzinę” (Robert Bolesto) a „Zjednoczone stany miłości” (Tomek Wasilewski). Drugi plan aktorski zdeklasowali aktorzy Tomka Wasilewskiego. Jurorzy docenili rolę Łukasza Simlata oraz znakomitą Dorotę Kolak. To dobra decyzja, a w przypadku Kolak bardzo dobra. Warto jednak w tym miejscu dodać, że w kategorii drugoplanowej roli męskiej przepadł świetny zarówno w „Wołyniu”, jak i „Jestem mordercą” Arkadiusz Jakubik. Nagroda za reżyserię przypadła Tomkowi Wasilewskiemu. „Zjednoczone stany miłości” tryumfowały także w kategoriach montaż dla Beaty Walentowskiej oraz kostiumy dla Moniki Kalety, i kategorii szalenie istotnej – reżyseria. Autor „Płynących wieżowców” sprawnie wyprawił swoją ekipę w udaną podróż do przeszłości, zgrabnie wymykając się pokoleniowej nostalgii charakterystycznej dla swoich rówieśników. Odrzucił najtisowy naskórek i wdarł się w rzeczywistość nieopisaną – emocjonalny portret kobiet czasu transformacji, wielkich nadziei, namiętności i bolesnego przepoczwarzania.



Z wielką nadzieją czekałam na najnowszy obraz Michała Rosy „Szczęście świata”, który okazał się nastrojową i przyjemną dla oka kinonostalgią. Autor „Ciszy”, w warstwie naskórkowej, opowiada o świecie tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, pod nią jednak znajdziemy bardziej uniwersalną opowieść o stracie, młodości i pożegnaniu z niewinnością. Historię kreśli językiem pożyczonym od surrealistów. Film został doceniony za scenografię dla Tomasza Bartczaka i Andrzeja Kowalczyka oraz – co ogromnie mnie cieszy – za muzykę dla Motion Trio. Pominiętym przez jury, a bez wątpienia wartym uwagi, jest najnowszy obraz Jana Jakuba Kolskiego „Las, 4 rano” ze świetnym Krzysztofem Majchrzakiem. To kameralny, bardzo osobisty film o znikaniu, psychicznej i fizycznej potrzebie unicestwienia (pogrzebania), która przychodzi wraz ze stratą. Świat Kolskiego to świat unieważniony, wzięty w nawias, nienazwany, nieoswojony w procesie, jakim jest żałoba.



Podczas tegorocznego konkursu duże oczekiwania pokładano w pokoleniu trzydziestolatków. Zacznę od rozczarowań. „Plac zabaw” Bartosza M. Kowalskiego to tytuł pod wieloma względami wtórny. Reżyser prowadzi widza za rękę, tłumacząc świat i utrzymując historię na poziomie publicystycznym. Tymczasem od reprezentantów młodego kina oczekuję nowego, odkrywczego i niepokornego spojrzenia. Z nawiązką daje nam to Kuba Czekaj w filmie „Królewicz Olch” (nagroda Jury Młodych). Już jego krótkie metraże zwiastowały narodziny ciekawej osobowości filmowej, a prezentowany w ubiegłym roku w sekcji Inne Spojrzenie „Baby bump” przypieczętował to przeczucie. „Królewicz Olch” to najbardziej odważny film tegorocznej edycji festiwalu. Czekaj wysadza w powietrze przyzwyczajenia widza. Uwiera, irytuje i jątrzy. Ma bardzo rzadką umiejętność opowiadania językiem doskonale przylegającym do bohaterów. Nie są to chłodne wybory, raczej skok na głęboką wodę, w zakamarki pamięci, skojarzenia, dynamikę wspomnień i intensywność odczuć, którą świetnie przekłada na materię filmową.



Niesłusznie pominiętym obrazem są „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka. To wciągający eksperyment formalny, na granicy fabuły i dokumentu. Strzępy warszawskiej rzeczywistości widzianej i odczuwanej przez młodych ludzi, zebrane przez Marczaka – słusznie porównywane nastrojem do „Niewinnych czarodziejów” Andrzeja Wajdy – przypominają patchworkową narzutę znalezioną na dnie szafy, która ma moc proustowskiej Magdalenki z napisem „młodość”. Niezwykle szczery portret generacji trochę starszej młodzieży stworzył Łukasz Grzegorzek w filmie „Kamper”. To obraz opowiedziany ze swadą i lekkością, świetnie przyjęty przez równolatków reżysera, opowiadający o pokoleniu rozpiętym między powinnością a przyjemnością, dojrzałością a permanentną młodością, poczuciem bezpieczeństwa a beztroską, zobowiązaniem a wolnością.



Na koniec słów kilka o udanych potyczkach gatunkowych. Nagroda Specjalna Jury powędrowała do Marcina Koszałki „za odwagę w przekraczaniu granic gatunkowych” w filmie „Czerwony Pająk”. I rzeczywiście, to thriller zgrabnie umoczony w regułach dramatu psychologicznego, a jednak w wielu miejscach pęknięty, odklejający się od oczekiwań widza. W tym rozmijaniu się spodziewanego z rzeczywistością ekranową jego siła, słusznie dostrzeżona przez gdyńskie jury. Last but not least „Planeta Singli”. W końcu romcom, który nie powoduje mdłości. Opowiedziany z wdziękiem, przyjaźnie głaszcze oczekiwania widza, a w bonusie dorzuca coś jeszcze: udaną żonglerkę konwencją i cytatem. W scenariuszu z łatwością odnajdziemy miłosne meandry, po których wcześniej plątali się inni bohaterowie gatunku, ale zamiast zawodu odczuwamy przyjemność ich tropienia.

I krótki wniosek. Jest bardzo dobrze!
Trwa ładowanie komentarzy...